- Informacje
- Opisy z książek i gier
Dane z książek Sapkowskiego[]
– Nie trafiliście w dobrą porę. Ani okolicę. Mamy tu wojnę, panie wiedźminie. Po lasach kluczy banda Scoiaʼtael, nie dalej jak wczoraj ścięliśmy się z nimi. Czekam tu na posiłki i zaczynamy obławę.
– Wojujecie z elfami?
– Nie tylko z elfami. Cóż to, wy, wiedźmin, nie słyszeliście o Wiewiórkach?
– Nie. Nie słyszałem.
– Gdzie tedy bytowaliście ostatnie dwa lata? Za morzami? Bo tu u nas, w Kaedwen, Scoiaʼtael zadbali o to, by było o nich głośno, tak, postarali się o to nieźle. Pierwsze bandy pojawiły się, ledwo wybuchła wojna z Nilfgaardem. Skorzystały, przeklęte nieludy, z naszych trudności. Myśmy się bili na południu, a oni na tyłach zaczęli wojnę podjazdową. Liczyli na to, że Nilfgaard nas zmiażdży, zaczęli krzyczeć o końcu ludzkiego panowania, o powrocie dawnych porządków. Ludzi do morza! Takie ich hasło, pod takim mordują, palą i grabią!
– To wasza wina i waszy nynie zmartwienie – odezwał się ponuro włodarz, uderzając po udzie zaciętym kijem, oznaką swej funkcji. – Wasze, wielmożów i pasowanych. Wyście to nieludzi gnębili, żyć im nie dawali, to i macie teraz. A my tędy zawsze powody wodziliśmy i nikt nam nie zawadzał. Wojsko nam potrzebne nie było.
– Co prawda to prawda – powiedział jeden z milczących do tej pory, siedzących na ławie kupców. – Nie groźniejsze są Wiewiórki od zbójców, którzy grasowali tu po drogach. A za kogo się elfy wzięły najpierw? Właśnie za zbójców.
– A co mi za różnica, kto mnie strzałą zza krzaka przeszyje, zbój czy elf? – rzekł nagle mytnik z zabandażowaną głową. – Strzecha, gdy mi ją wśród nocy nad głową zapalą, jednako gorzeje, co jej za różnica, czyja ręka trzymała żagiew. Powiadacie, panie kupiec, że nie gorsi Scoiaʼtael od zbójców? Łeż powiadacie. Zbójcom szło o łup, elfom o ludzką krew. Dukaty nie każdy ma, a krew w żyłach każdy. Powiadacie, że to wielmożnych zmartwienie, panie włodarz? Jeszcze większa to łeż. A drwale, wystrzelani na wyrębie, smolarze, posieczeni na Bukach, chłopi z podpalonych siół, czym oni zawinili nieludziom? Żyli, pracowali razem, po sąsiedzku, a naraz strzała w plecy… A ja? W życiu żadnego nieluda nie ukrzywdziłem, a spójrzcie, łeb wyszczerbiony krasnoludzkim kordem. A gdyby nie wojacy, na których szczekacie, leżałbym już pod łokciem darni…
– Właśnie! – rycerz w żółtej tunice ponownie gruchnął pięścią w stół. – Chronimy waszą parszywą skórę, mości włodarzu, przed tymi, jak chcieliście, zgnębionymi elfam, którym, jak twierdzicie, nie dawaliśmy żyć. A ja wam co innego powiem – za bardzo ich rozzuchwaliliśmy. Tolerowaliśmy ich, traktowaliśmy jak ludzi, jak równych, a oni teraz zadają nam cios w plecy. Nilfgaard im płaci za to, głowę dam, a dzikie elfy z gór zaopatrują w broń. Ale prawdziwe oparcie mają w tych, co ciągle żyją pośród nas – w elfach, półelfach, krasnoludach, gnomach i niziołkach. To ci ich kryją, karmią, dostarczają ochotników…
– Nie wszyscy – odezwał się drugi z kupców, szczupły, z delikatną twarzą o szlachetnych, iście niekupieckich rysach. – Większość nieludzi potępia Wiewiórki, panie rycerzu, i nie chce mieć z nimi niczego wspólnego. Większość jest lojalna, a płaci niekiedy za tę lojalność wysoką cenę. Przypomnijcie sobie burgrabię z Ban Ard. Był półelfem, a nawoływał do pokoju i współpracy. Zginął od skrytobójczej strzały.
– Wystrzelonej zapewne przez sąsiada, niziołka lub krasnoluda, który też udawał lojalnego – zakpił rycerz. – Według mnie żaden z nich nie jest lojalny! Każdy z nich… Ejże! A tyś kto?
Geralt obejrzał się. Tuż za jego plecami stała Ciri, darząc wszystkich szmaragdowym spojrzeniem swoich ogromnych oczu. Jeżeli szło o umiejętność bezszelestnego poruszania się, rzeczywiście zrobiła znaczne postępy.
– Ona jest ze mną – wyjaśnił.
– Hmmm… – rycerz zmierzył Ciri wzrokiem, po czym odwrócił się znowu w stronę kupca o szlachetnej twarzy, ewidentnie widząc w nim najpoważniejszego partnera do dyskusji. – Tak, panie, nie mówcie mi o lojalnych nieludziach. Wszyscy oni są naszymi wrogami, przy czym jedni lepiej, a drudzy gorzej udają, że nie są. Niziołki, krasnoludy i gnomy żyły wśród nas od stuleci, wydawałoby się w jakiej takiej zgodzie. A wystarczyło, by elfy podniosły głowy, a ci inni też złapali za broń i poszli w lasy. Powiadam wam, błędem było tolerowanie wolnych elfów i driad, ich puszcz i górskich enklaw. Mało im tego było, teraz wrzeszczą: „To nasz świat, precz stąd, przybłędy”. Na bogów, pokażemy im, kto pójdzie precz, po kim tu ni słychu, ni duchu nie zostanie. Przetrzepaliśmy skórę Nilfgaardczykom, a teraz weźmiemy się za bandy.
– Niełatwo dopaść elfa w lesie – odezwał się wiedźmin. – Nie szedłbym też za gnomem czy krasnoludem w góry. Jak liczne są te oddziały?
– Bandy – poprawił rycerz. – Bandy, panie wiedźminie. Liczą do dwudziestu głów, niekiedy więcej. Oni taką zgraję nazywają „komando”. To słowo z języka gnomów. A w tym, że dopaść ich niełatwo, prawiście, widać, żeście fachowiec. Uganianie się za nimi po lasach i komyszach nie ma sensu. Jedyny sposób to odciąć ich od zaplecza, odizolować, zagłodzić. Wziąć mocno za kark tych nieludzi, którzy im pomagają. Tych z miast i osiedli, z wiosek, z farm…
– Problem w tym – rzekł kupiec o szlachetnych rysach – że wciąż nie wiadomo, kto z nieludzi im pomaga, a kto nie.
– Trzeba więc wziąć za kark wszystkich!
– Aha – kupiec uśmiechnął się. – Rozumiem. Już to gdzieś słyszałem. Za kark wszystkich i do kopalni, do ogrodzonych obozów, do kamieniołomów. Wszystkich. Niewinnych też. Kobiety, dzieci. Czy tak?
Rycerz poderwał głowę, trzasnął dłonią o rękojeść miecza.
– Właśnie tak, nie inaczej! – powiedział ostro. – Dzieci wam żal, a samiście jak dziecko na tym świecie, mój panie. Zawieszenie broni z Nilfgaardem to rzecz krucha niby skorupka jajka, nie dziś, to jutro może wojna zacząć się na nowo, a na wojnie różnie bywa. Gdyby nas pobili, to jak myślicie, co się stanie? Powiem wam – wyjdą wtedy elfie komanda z lasów, wyjdą w sile i liczbie, a ci lojalni natychmiast do nich dołączą. Te wasze lojalne krasnoludy, wasze przyjazne niziołki, będą, myślicie, o pokoju wówczas mówić, o pojednaniu? Nie, panie. One flaki z nas będą wypruwać, ich to rękoma Nilfgaard rozprawi się z nami. I potopią nas w morzu, tak jak obiecują. Nie, panie, nie wolno się z nimi cackać. Albo oni, albo my. Trzeciej drogi nie ma!
Tak, panie. Właśnie Wiewiórki. Tak się sami zowią w elfim języku. Jedni mówią, że dlatego, że czasem ogony wiewiórcze noszą u kołpaków i czapek. Inni zaś, że to przez to, że w boru mieszkają, orzeszkami się karmią. Utrapienie z nimi coraz większe, powiadam wam.
– […] Bo Scoiaʼtael to też jest smarkateria. To gówniarze, którzy nie rozumieją, że ich podpuszczono, że ktoś wykorzystuje ich szczeniacką głupotę, karmiąc sloganami o wolności.
W komandach Scoiaʼtael biją się elfy trzydziesto–, czterdziestoletnie.
– Co z innymi, Blaise?
– Wyrżnęli ich – stęknął najemnik. – Wszystkich. Cały oddział… Rayla, to nie Nilfgaard… To Wiewiórki… To elfy nas dognały. Scoiaʼtael idą przodem, przed Nilfgaardczykami.
– Wycofajmy komanda z Temerii, Redanii, Kaedwen […]. Jesteś teraz królową, Enid, oni posłuchają twego rozkazu. […] Ich obowiązkiem jest teraz wrócić tu i bronić Doliny Kwiatów. Niech walczą jako wolny lud w obronie własnych granic. A teraz giną jak rozbójnicy po lasach! […]
– Emhyr nie wyraża na to zgody – szepnęła. – Komanda mają walczyć nadal. […] Nie wolno nam ich wspierać i pomagać im. To był warunek Foltesta i Henselta. Temeria i Kaedwen będą respektować naszą władzę nad Dol Blathanna, ale tylko wówczas, gdy oficjalnie potępimy walkę Wiewiórek i odetniemy się od nich. […] Komanda […] muszą nadal prowadzić walkę. Muszą dezorganizować ludzkie królestwa, utrudniać przygotowania wojenne. Taki był rozkaz Emhyra, a ja nie mogę przeciwstawiać się Emhyrowi. Wybacz mi, Filavandrel.
A w Temerii, Redanii i Kaedwen skrupiło się wszystko na Wiewiórkach. Raz, bo podobno zbuntowanym czarodziejom na Thanedd przyszło w sukurs komando Scoiaʼtael. Dwa, bo to podobno jakiś elf czy też pólelf żgnał sztyletem i zabił Vizimira, redańskiego króla. Rozwścieczeni ludzie wzięli się więc ostro za Wiewiórki. Wrzało wszędzie niby w kotle, elfia krew płynęła rzeką…
– Trudno jednak twierdzić, by polityka starosty Hooga była zła […]. To dzięki jego zdecydowanym akcjom krasnoludy odłączyły się od elfów i nie walczą już wspólnie ze Scoiaʼtael. A dzięki temu ustały pogromy […].
– […] Hufom cesarskim flankują boki Wiewiórki, verdeńscy wolentarze, i różne luźne kupy, a ci są jeszcze gorsi od Nilfgaardzczyków. Tacy to Kernow spalili […].
Nic nie zostało z ich dumy, z ich wypracowanej, wyniosłej, charyzmatycznej inności. Odzienie, zazwyczaj nawet u gerylasów z komand eleganckie i piękne, było trudne, podarte, pokryte plamami. Włosy, ich duma i chluba, były zmierzwione, sfilcowane lepkim brudem i zakrzepłą krwią. Ich wielkie oczy, zwykle pyszne pozbawione jakiegokolwiek wyrazu, były teraz otchłaniami paniki i rozpaczy.
Nic nie zostało z ich inności. Śmierć, przerażenie, głód i poniewierka sprawiły, że stali się zwykli. Bardzo zwykli. Przestali nawet budzić strach.
Dane z gry Wiedźmin[]
Scoiaʼtael to podzielona na komanda, czyli samodzielne oddziały, grupa elfich i krasnoludzkich buntowników walczących z dyskryminacją nieludzi. Ich sprzeciw wobec rasizmu bardzo szybko przyjął drastyczne formy – Scoiaʼtael napadają na karawany, grabią, mordują i palą wsie. Ludzie wysyłają do walki z nimi wojsko, nie próbując nawet w pokojowy sposób rozwiązać konfliktu. Nazwa Scoiaʼtael w elfim języku oznacza „wiewiórka” i wzięła się prawdopodobnie od zwyczaju przypinania przez buntowników do ubrań wiewiórczych ogonów.
Według autora książki „Pokłosie wojny” Scoiaʼtael są podżegani do walki przez Nilfgaard oraz inne siły. Przywódcy powstań nieludzi posyłają swoich podwładnych na śmierć, ponieważ są zaślepieni lub pozostają pod obcym wpływem. Autor twierdzi ponadto, że wojny ludzi z nieludźmi nigdy się nie skończą, ponieważ między rasami istnieje zbyt dużo wrogości. Elfy są skazane na wyginięcie.
Dane z gry GWINT: Wiedźmińska Gra Karciana[]
Wpis z Księgi Nagród[]
Zwój 1: Niewielu mieszkańców Kontynentu zna Starszą Mowę, język elfów i krasnoludów – ale słowo „Scoiaʼtael” słyszał każdy. Wiewiórki. Bojownicy o sprawę nieludzi, którzy nie powstrzymają się przed żadnym okrucieństwem…
Zwój 2: Zepchnięte do zatłoczonych gett, szykanowane na każdym kroku, elfy i krasnoludy czekały na dogodny moment, by zerwać się do boju przeciw Królestwom Północy. Ten nadszedł w czasie wojen z Nilfgaardem. Kiedy cesarstwo rozpoczęło inwazję, nieludzie uderzyli od tyłu…
Zwój 3: Scoiaʼtael byli wiernymi sojusznikami Nilfgaardu. Żadna misja nie była zbyt ryzykowna, żadne poświęcenie zbyt wielkie. Ale kiedy okazało się, że Cesarstwo przeliczyło siły i musi zawrzeć pokój z Królestwami Północy, szybko odwróciło się od niedawnych sprzymierzeńców…
Zwój 4: Zdradzeni przez Nilfgaard, znienawidzeni przez Królestwa Północy, Scoiaʼtael nie mają szansy na zwycięstwo… Co nie znaczy, że mają zamiar się poddać. Rozpaleni nienawiścią, atakują już nie po to, by wygrać – lecz by się zemścić.
Skrzynia 1: Znakiem rozpoznawczym Scoiaʼtael są wiewiórcze ogony przytroczone do czapek bądź pasów. Ciężko powiedzieć, czemu nieludzie obrali sobie za symbol akurat tego gryzonia – być może chodziło o zwinność, z jaką porusza się po lesie. Co ciekawe, w tych częściach Kontynentu, gdzie komanda Scoiaʼtael są szczególnie liczebne, wiewiórki są na wyginięciu. O, ironio…
Skrzynia 2: Scoiaʼtael nie mają sztywnej hierarchii właściwej dla tradycyjnych armii. Partyzanci dzielą się na liczące kilkanaście osób oddziały, zwane komandami. Ich dowódcą zostaje zwykle wojownik bądź wojowniczka, którzy wykażą się szczególną odwagą… I okrucieństwem wobec ludzi.
Skrzynia 3: Warto podkreślić, że nie wszyscy nieludzie sprzyjają Scoiaʼtael. Wielu uważa, że partyzanci są naiwni i krótkowzroczni, a ich rebelia przyniesie więcej złego, niż dobrego. Co ciekawe, do najostrzejszych krytyków Wiewiórek należał Brouver Hoog… Ale ludzie i tak wrzucają ich do tego samego kapelusza.